Czapnik, bednarz, latarnik - jak kultura ratuje pamięć o ginących fachach

Czapnik, bednarz, latarnik - jak kultura ratuje pamięć o ginących fachach

FOT. MOK Żory

W Żorach, podobnie jak w wielu polskich miastach, coraz rzadziej padają dziś nazwy dawnych zajęć, które kiedyś porządkowały zwykły dzień: czapnik, bednarz, kołodziej czy latarnik. A jednak te zawody wcale nie zniknęły do końca - przeniosły się do książek, obrazów i filmów, gdzie odzyskują twarz, głos i ciężar codziennej pracy. 📚🎬

  • Kiedy fach znika z ulicy, zostaje jeszcze w pamięci opowiedzianej przez sztukę
  • “Chłopi” pokazują, jak wyglądał trud, którego dziś nie widać
  • Latarnik, zdun i zecer - trzy postacie, które kultura odmawia zapomnieniu

Kiedy fach znika z ulicy, zostaje jeszcze w pamięci opowiedzianej przez sztukę

To właśnie kultura coraz częściej bierze na siebie rolę archiwum dla rzeczy, których nie da się już zobaczyć za rogiem ulicy. W raporcie „Edukacja dla pamięci”, przygotowanym dla Instytutu Pamięci Narodowej, widać wyraźnie, że przekaz o przeszłości słabnie - szczególnie wśród młodszych. W praktyce oznacza to coś bardzo prostego i bardzo ważnego: jeśli nie opowiemy o dawnych zawodach, znikną nie tylko ich nazwy, ale też cała wiedza o tym, jak wyglądało życie lokalnych wspólnot.

Znikanie takich fachów zaczęło się wraz z rewolucją przemysłową, a dziś przyspiesza jeszcze bardziej przez cyfrową codzienność. Kowalstwo, bednarstwo, kołodziejstwo czy garncarstwo przez wieki trzymały przy życiu całe wsie i miasteczka. Gdy weszły fabryki, a później masowa produkcja, ręczna robota zaczęła przegrywać z ceną i dostępnością. Z krajobrazu znikali też zduń, wędrowni ostrzyciele noży czy koronczarki. I właśnie tu zaczyna się robota artystów - oni potrafią zamienić zwykłą profesję w opowieść o człowieku.

“Chłopi” pokazują, jak wyglądał trud, którego dziś nie widać

Jednym z najmocniejszych przykładów jest żniwiarz - postać dziś niemal całkowicie zastąpiona przez maszyny, ale w kulturze wciąż żywa i bardzo wyrazista. Reymont w „Chłopach” zapisał żniwa tak, że czuć w nich upał, wysiłek i rytm całej wspólnoty. To nie jest tylko obraz pracy - to zapis świata, w którym każdy miał swoje miejsce, a pole dyktowało tempo dnia.

Chałupy były pozawierane, bo wszystko, co jeno żyło i mogło się dźwignąć z miejsca, ruszało do żniw, że nawet dzieci, nawet stare i schorzałe, nawet pieski rwały się z postronków i ciągnęły od opustoszałych domostw za narodem. Że już na wszystkich polach, jak jeno było można sięgnąć okiem, w straszliwym skwarze, wśród zbóż złotawych, w rozmigotanem i ślepiącem powietrzu, od świtu do późnego wieczora połyskiwały sierpy i kosy, bielały koszule, czerwieniały wełniaki, gmerali się niestrudzenie ludzie i szła cicha, wytężona robota, i nikto się już nie lenił, na somsiadów nie oglądał, o niczem drugiem nie myślał, a jeno, przygięty nad zagonem kiej wół, w pocie czoła pracował.

Władysław Reymont, „Chłopi”, Tom IV - Lato

Do tego obrazu wracało też malarstwo Młodej Polski, a najnowsza ekranizacja „Chłopów” dała mu nowy puls. Dziś na polach królują kombajny i ciągniki, ale kultura przypomina, jak wyglądał świat, w którym zboże trzeba było zebrać rękami i wytrzymać cały dzień w słońcu. 🌾

Latarnik, zdun i zecer - trzy postacie, które kultura odmawia zapomnieniu

W podobny sposób literatura ocaliła latarnika, zduna i zecera - ludzi, których codzienna robota była kiedyś niezbędna, a dziś brzmi niemal jak fragment dawnej legendy. Sienkiewicz w „Latarniku” pokazał fach związany z odpowiedzialnością większą niż niejeden współczesny etat. Wystarczył jeden błąd, by zagrozić statkom płynącym przez trudne wody.

Zawakowało tedy miejsce latarnika, które trzeba było jak najprędzej obsadzić, ponieważ latarnia niemałe ma znaczenie tak dla ruchu miejscowego, jak i dla okrętów idących z New Yorku do Panamy. Zatoka Moskitów obfituje w piaszczyste ławice i zaspy, między którymi droga nawet w dzień jest trudna, w nocy zaś, zwłaszcza wśród mgieł podnoszących się często na tych ogrzewanych podzwrotnikowym słońcem wodach prawie niepodobna. Jedynym wówczas przewodnikiem dla licznych statków bywa światło latarni.

Henryk Sienkiewicz, „Latarnik”

Zdun, który budował i naprawiał piece kaflowe, przypomina dziś o domu rozumianym bardzo dosłownie - jako miejscu ciepła, spotkania i bezpieczeństwa. Ten zawód wraca trochę nieśmiało, bo piece kaflowe znów robią się modne jako element wnętrz, a zdjęcia i opowieści mistrzów pomagają odtworzyć dawne techniki. Kołodziej z kolei przypomina o czasie, gdy bez drewnianych kół nie dało się ruszyć w drogę ani przewieźć towaru. Zecer - człowiek od ręcznego składu czcionek - został już niemal całkiem wyparty przez komputer, ale w filmie „Czwarta władza” nadal ma swoje miejsce i swój rytm pracy.

Do tej samej pamięci należą też młynarz, dorożkarz czy bednarz. Każdy z nich nosi w sobie kawałek świata, który budowały ręce, cierpliwość i dokładność. I właśnie dlatego ginące profesje tak mocno działają na wyobraźnię - bo nie są tylko listą dawnych nazw. Są opowieścią o ludziach, którzy naprawdę trzymali codzienność w ryzach.

na podstawie: Dom Kultury w Żorach.

Ilustracja wykorzystana w artykule została pobrana z zewnętrznego źródła (MOK Żory). W przypadku zastrzeżeń dotyczących praw do zdjęcia prosimy o kontakt.